sobota, 2 lipca 2011

cały ten jazz

a w Warszawie prócz mnóstwa flag

 i jakiejś świątecznej atmosfery pada...pada i pada. Jako, że katar mnie dopadł postanowiłam się oszczędzać i wyjechałam w teren tylko dwa razy. Pierwsze natarcie famajowe to Hala Mirowska i wymarzony krzak rozmarynu, jest piękny i cudnie pachnie, a jaki pyszny. Coś czuję, że teraz moje posiłki będą monotematyczne, rozmarynowe.
Druga wycieczka to koncert, nie mogłam sobie podarować inauguracji Jazzu na Starówce. To super koncerty pod chmurką, na które przyjeżdżałam kiedyś, mieszkając w Krakowie. Nie jest też przypadkiem, że bocianie gniazdo wynajmuję od jednego takiego, co kiedyś grał na Starówce :) ale to życie, nieprzewidywalne... A dziś grało trio Torda Gustavsena i tak to kapitalnie pasowało do tego deszczu, parasoli i pelerynek. Muzyka niesamowita, można zamknąć oczy i przenieść się do lodowatej Skandynawii. Przypomina mi to trochę Ibsena, księżycowe klimaty, zimne, drżące i wydobywające jakieś bardzo subtelne nuty ukryte chyba w każdym z nas. Nawet zdjęcia takie rozmyte wyszły ale oddają klimat. Coraz bardziej wciąga mnie ten klasyczny jazz, chyba się starzeję.
muzzyycznniieee





2 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...